Parafia Ewangelicko-Luterańska we Wrocławiu

„Dowód”

Tekst: Obj 21,1-7, ks. Marcin Orawski

 

1. I widzia­łem nowe niebo i nową zie­mię; albo­wiem pierw­sze niebo i pierw­sza zie­mia prze­mi­nęły, i morza już nie ma. 2. I widzia­łem mia­sto święte, nowe Jeruzalem, zstę­pu­jące z nieba od Boga, przy­go­to­wane jak przy­ozdo­biona oblu­bie­nica dla męża swego. 3. I usły­sza­łem dono­śny głos z tronu mówiący: Oto przy­by­tek Boga mię­dzy ludźmi! I będzie miesz­kał z nimi, a oni będą ludem jego, a sam Bóg będzie z nimi, 4. I otrze wszelką łzę z oczu ich, i śmierci już nie będzie; ani smutku, ani krzyku, ani mozołu już nie będzie; albo­wiem pierw­sze rze­czy prze­mi­nęły. 5. I rzekł Ten, który sie­dział na tro­nie: Oto wszystko nowym czy­nię. (…) 6. I rzekł do mnie: Stało się. Jam jest alfa i omega, począ­tek i koniec. Ja pra­gną­cemu dam darmo ze źró­dła wody żywota. 7. Zwycięzca odzie­dzi­czy to wszystko, i będę mu Bogiem, a on będzie mi synem.

 

„Śmierć nie ist­nieje! Jest na to dowód!” – Wiadomość zelek­try­zo­wała wielu czy­tel­ni­ków w 2013 roku. „Przez tydzień leżał w głę­bo­kiej śpiączce. Lekarze dawali mu mini­malne szanse na wyle­cze­nie. Jego ciało nie reago­wało na żadne bodźce, a mózg pra­wie prze­stał funk­cjo­no­wać. Kiedy tonął w mroku, stało się coś, czego żaden nauko­wiec nie mógł się spo­dzie­wać. Odkrył Niebo” – czy­ta­li­śmy budzące zain­te­re­so­wa­nie zapo­wie­dzi książki pod tytu­łem – jakże by ina­czej „Dowód” (źró­dło Wydawnictwo Znak Literanva, 2013)

„Eben Aleksander, zna­ko­mity neu­ro­chi­rurg i sza­no­wany wykła­dowca Uniwersytetu Harwarda, przez lata pod­cho­dził scep­tycz­nie do zagad­nień wiary. Siedem dni w śpiączce prze­war­to­ścio­wało jego świa­to­po­gląd. „Dowód” zawiera piękną i nie­zwy­kle bogatą wizję zaświa­tów, nie­po­rów­ny­walną z żadną z dotych­cza­so­wych rela­cji. Spisana ręką czło­wieka nauki, (…) robi wra­że­nie nawet na naj­bar­dziej nie­wzru­szo­nych scep­ty­kach.” – zachę­cają opisy.

Przeczytałem. Rzeczywiście książka napi­sana barw­nie i suge­styw­nie. Autor jest naukow­cem, auto­ry­te­tem w dzie­dzi­nie badań mózgu. Jeśli jed­nak ktoś ocze­ki­wałby, że w Kościele, takie rewe­la­cje powinny być przyj­mo­wane z entu­zja­zmem, jako potwier­dze­nie od wie­ków gło­szo­nych prawd, to uczci­wie powiem – dowodu nie zna­la­złem. Ale to moja, subiek­tywna – rzecz jasna – ocena. Nie da się zwal­czyć prze­ko­na­nia, że o takich „dowo­dach” już kie­dyś czy­ta­li­śmy. W 1996 roku Raymond Moody wydał jedną z naj­słyn­niej­szych ksią­żek opi­su­ją­cych doświad­cze­nia ludzi, któ­rzy prze­żyli śmierć kli­niczną – „Życie po życiu.” Moody zebrał wizje ludzi, w któ­rych umie­ra­jący czło­wiek czuje, jak opusz­cza ciało, widzi ciemny tunel, podąża w stronę świa­tła, napo­tyka świe­tli­stą postać, ema­nu­jącą dobrem i miło­ścią oraz czę­sto spo­tka bli­skich, któ­rzy wcze­śniej zmarli…

Nie ma raczej wąt­pli­wo­ści, że opisy są praw­dziwe. Ci ludzie naprawdę widzą to, o czym póź­niej mówią. To nie­zwy­kle cie­kawe doświad­cze­nia, ale do dowodu jesz­cze im daleko. Zarówno bowiem ist­nie­nie, jak i treść wizji mogą być zwią­zane z jed­nej strony z fizjo­lo­gią mózgu w eks­tre­mal­nej sytu­acji, a z dru­giej strony trudno uwol­nić się od wnio­sku, że są prze­dłu­że­niem życio­wych doświad­czeń czło­wieka, jego wcze­śniej­szych prze­żyć oraz wyobra­żeń kul­tu­ro­wych. Po pro­stu, roz­bu­do­wane opisy nieba, raju, Boga przy­po­mi­nają obrazki z reli­gij­nych pod­ręcz­ni­ków. Czyli jakby mózg wra­cał do infor­ma­cji, które mamy zako­do­wane od lat. Ciekawe, że Japończycy opi­sują wizję kwia­tów, zaś hin­dusi widzą Buddę lub Jamę (boga śmierci). Jednak naj­waż­niej­sze śmierć kli­niczna – pro­szę leka­rzy by wyba­czyli nie­fa­chowy język – nie jest śmier­cią rze­czy­wi­stą. Jest, co naj­wy­żej, doświad­cze­niem pro­cesu umie­ra­nia, ale jesz­cze nie śmierci. Krótko mówiąc, z „tam­tego brzegu” nadal nikt jesz­cze nie wró­cił.

Chciałbym pod­kre­ślić, że wizje towa­rzy­szące umie­ra­niu mózgu mają zna­cze­nie. Wszyscy, któ­rzy to prze­żyli, mówią potem, że śmierci już się nie boją. To piękne świa­dec­twa, które mogą wielu przy­nieść uko­je­nie. I choć dowo­dem na ist­nie­nie życia po śmierci nie są i być nie mogą, to jed­nak coś w kwe­stii życia wiecz­nego udo­wad­niają. W czło­wieku ist­nieje głę­boko zako­rze­niona potrzeba życia. I to nie tylko tego, które trwa zwy­kle kil­ka­dzie­siąt lat na ziemi. My wykra­czamy dalej. O wiele dalej. I mamy ku temu pod­stawy.

I widzia­łem nowe niebo i nową zie­mię; albo­wiem pierw­sze niebo i pierw­sza zie­mia prze­mi­nęły. – pisze pro­rok Jan w dzi­siej­szym Słowie. Czy to dowód? Oczywiście, że nie. Nikt, kto rozu­mie istotę chrze­ści­jań­stwa, nie będzie twier­dził, że opiera się na dowo­dach. Dotyczy to naj­waż­niej­szych wyda­rzeń: przyj­ścia Jezusa na świat, ukrzy­żo­wa­nia, zmar­twych­wsta­nia, zesła­nia Ducha Świętego i wresz­cie życia wiecz­nego.

Jeśli więc nie dowód, to co? Odpowiedź jest jedna: „świa­dec­two”. Opieramy się na świa­dec­twie, dla­tego na nasze naj­głę­biej zako­rze­nione potrzeby, nie odpo­wiada pod­ręcz­nik do bio­lo­gii. On roz­wija naszą wie­dzę, ale naszą wiarę, nadzieję i miłość, buduje „świa­dec­two”. A takie jest to świa­dec­two, że żywot wieczny dał nam Bóg, a żywot ten jest w Synu jego. Kto ma Syna, ma żywot; kto nie ma Syna Bożego, nie ma żywota. To napi­sa­łem wam, któ­rzy wie­rzy­cie w imię Syna Bożego, aby­ście wie­dzieli, że macie żywot wieczny.(1 J 5,11-13) – pisze apo­stoł Jan.

Nieraz sły­szę, a czę­sto sam myślę, szcze­gól­nie, gdy stoję nad otwar­tym gro­bem, że jeste­śmy przed nie­prze­nik­nioną gra­nicą. Mamy w sobie nadzieję, mamy wiarę, ale cza­sem trudno unik­nąć pyta­nia, że jeśli wiecz­ność ist­nieje, to dla­czego tak słabo daje o sobie znać? Dlaczego dys­po­nu­jemy jedy­nie świa­dec­twami i pogło­skami, a nie – wła­śnie –nama­cal­nymi dowo­dami?

Nie da się zaprze­czyć. Wobec wiecz­no­ści sta­jemy jakby wpa­trzeni w mgłę. Niektórzy mówią, że dostrze­gają jakieś kształty po dru­giej stro­nie. Inni widzą jedy­nie przy­sła­nia­jącą wszystko zasłonę i mogą, co naj­wy­żej, powie­dzieć: „Wierzę, ale nie widzę”. Przykro mi. Nie wiem czy powinno być przy­kro, czy należy przy­jąć taki stan jako natu­ralny. Może dowód wszystko by znisz­czył? Może by nas zubo­żył z czło­wie­czeń­stwa, na które skła­dają się: wiara i zwąt­pie­nie, nadzieja i smu­tek. Myślę więc jestem? Wierzę więc jestem? Wątpię więc jestem? I otrze wszelką łzę z oczu ich, i śmierci już nie będzie; ani smutku, ani krzyku, ani mozołu już nie będzie.

Mało kto za swego życia będzie miał taki przy­wi­lej, jak apo­stoł Jan doświad­cza­jący wizji Boga i nieba. Zapewne nikt z nas, albo pra­wie nikt z nas, nie będzie miał moż­li­wo­ści by powie­dzieć za życia: I widzia­łem nowe niebo i nową zie­mię. A nawet jeśli, to, jak wspo­mnia­łem wcze­śniej od wizji, do dowodu jest jesz­cze daleko. Ale jesz­cze dalej może być od wizji do wiary. Wiara bowiem nie rodzi się z dowodu.

Może dla wielu poszu­ki­wa­czy przy­gód, tajem­ni­czych teo­rii, spek­ta­ku­lar­nych obja­wień będzie to roz­cza­ro­wu­jące, ale prawda jest prost­sza. Pisze o niej apo­stoł Paweł: Wiara tedy jest ze słu­cha­nia, a słu­cha­nie przez Słowo Chrystusowe.” (Rz 10,17).

Nie dowód, nie naj­pięk­niej­sze nawet wizje. Potrzebę życia wykra­cza­ją­cego poza zie­mię, myśl o wiecz­no­ści – może wypeł­nić Słowo, które przyj­mie się z wiarą. Sola scrip­tura, sola fide – to ewan­ge­licki i chrze­ści­jań­ski alfa­bet. Jan ujmuje to tak: A zwy­cię­stwo, które zwy­cię­żyło świat, to wiara nasza. (1 J 5,4).

A my, w ludz­kiej nie­do­sko­na­ło­ści mogli­by­śmy dodać: wiara czyli też i zwąt­pie­nie, poszu­ki­wa­nie, tajem­nica cza­sem smu­tek. Jan nie ma jed­nak wąt­pli­wo­ści –szczera wiara, nawet jeśli komuś wydaje się słaba, w końcu zwy­cię­stwo. Zaś Zwycięzca odzie­dzi­czy to wszystko, i będę mu Bogiem, a on będzie mi synem.

Brak możliwości dodawania komentarzy.