Parafia Ewangelicko-Luterańska we Wrocławiu

Ewangelii nie można głosić siłą

Łk 2,15-17, ks. Marcin Orawski

 

 A gdy aniołowie odeszli od nich do nieba, pasterze rzekli jedni do drugich: Pójdźmy zaraz aż do Betlejemu i oglądajmy to, co się stało i co nam objawił Pan.I śpiesząc się, przyszli, i znaleźli Marię i Józefa oraz niemowlątko leżące w żłobie. A ujrzawszy, rozgłosili to, co im powiedziano o tym dziecięciu.

 

Jezus przyszedł na świat w słabości i ubóstwie. Trudno o bardziej wytarty slogan w święta Narodzenia Pańskiego. Nieustannie mówimy i żłobku, stajence, dzieciątku. Ale czy naprawdę mamy świadomość tego, co jest głoszone? Czy wiemy na czym polega wyrzeczenie się siły i potęgi na rzecz ubóstwa i słabości? – Błogosławiony, który się mną zgorszy. (Mt 11,6). Zgorszyć się? Jezusem? W jaki sposób? Chyba tylko dlatego, że miał odwagę przeciwstawić się możnym tego świata – możemy pomyśleć. Ale to nie co końca tak.

Zgorszenie może czekać człowieka, który uświadomi sobie, że Jezus przeciwstawił światu nie swoją potęgę i moc, ale słabość i uległość. Brzmi dziwnie? Przyjrzyjmy się temu. Mesjasz, Boży Syn, Król Królów, przychodzi na świat w stajni. Matka nie jest królową ani księżniczką, ale prostą dziewczyną z ludu. Świadkami nie są społeczne elity, ale pasterze, którzy – Ujrzawszy, rozgłosili to, co im powiedziano o tym dziecięciu. Czy coś wynieśli więcej z tego doświadczenia? Nie wiemy. Ewangelie nic już o nich nie wspominają.

To na razie „oczywiste, oczywistości”. Ale zobaczmy, co było dalej. Mija trzydzieści lat i Jezus rozpoczyna publiczną służbę. Po chrzcie w Jordanie udaje się na czterdzieści dni na pustynię. Tam jest poddany próbie. Diabeł trzy razy go kusi. Trzy razy Jezus ma możliwość pokazania swojej mocy i trzy razy odmawia. Później, co najmniej kilkakrotnie jest proszony, szczególnie przez faryzeuszy: – Daj nam jakiś znak. Jeśli jesteś synem Bożym pokaż swoją moc. Za każdym razem Jezus odpowiada, że jego królestwo nie jest z tego świata. – Oddajcie Bogu co boskie, cesarzowi, co cesarskie. Nie wchodzi w konfrontację, nie daje się sprowokować do walki, nawet o – wydawałoby się – najpiękniejsze idee.

Przychodzi czas, gdy przywódcy państwowi z rezygnacją mówią – Porwał za sobą cały lud. Nic nie już możemy mu zrobić. Poszli za nim wszyscy.  W takiej atmosferze Jezus wjeżdża do Jerozolimy w dzień nazwany później Niedzielą Palmową. Tłumy wiwatują, ludzie są przekonani, że mają wreszcie króla, potężnego Mesjasza, który w kraju zaprowadzi porządek. Emocje były tak duże, że wystarczył jeden gest Jezusa, aby ludzie go koronowali i zbrojnie wystąpili przeciw władzy lokalnej i rzymskiej. Zarówno elity izraelskie, jak i Rzymianie byli srodze przestraszeni wizją zamieszek, rozruchów czy nawet wojny domowej. Wystarczyło słowo Jezusa, który był na szczycie.

Ale słowo to nie padło. Znów Zbawiciel zaczął wspominać, że jego królestwo nie jest z tego świata. Znów nie chciał pokazać swojej mocy i potęgi. Judasz nie wytrzymał napięcia. Zdradził, prawdopodobnie dlatego, że chciał sprowokować Jezusa do działania. Mógł pomyśleć: – Jeśli go wydam i aresztują go, to będzie musiał coś uczynić, będzie musiał pokazać kim jest naprawdę, przecież nie da sobą pomiatać, nie da się zabić.

Pomylił się. Jezus znów odmówił okazania mocy i pozwolił zaprowadzić się na krzyż. A tam kolejna próba: – Jeśli jesteś Synem Bożym zejdź z krzyża – słyszy, ale nie reaguje. To jedynie kilka wybranych wydarzeń, w których Jezus zrezygnował z objawienia swej mocy. – Uniżył samego siebie i był posłuszny aż do śmierci. – napisze później apostoł Paweł. (Flp 5).

Historie doskonale znane i ich treść, wydałoby się, powszechnie akceptowana. Ale czy faktycznie? Czy naprawdę mamy świadomość, jak trudny do naśladowania przykład zostawił nam Syn Boży? Jak łamie nasze naturalne odczucia i odruchy?

Jezus nie występował z pozycji siły. Jego postawa, słowa i czyny inspirowały, ale nie wymuszały.  W jakiś niezwykły sposób on, który akurat miał prawo ukazywać się jako wzór moralności, stał się przyjacielem grzeszników, ludzi, którzy upadli, którym się nie powiodło, którzy przez elity byli uważani za nieczystych i podejrzanych.

***

Mijający rok obfitował w liczne spory. Ich temperatura społeczna już dawno nie była tak wysoka. Sądzę, że wielu wrażliwych chrześcijan nad tym ubolewa, a szczególnie nad faktem, że przestajemy ze sobą rozmawiać, a zaczynamy na siebie krzyczeć i mieć pretensje. W konsekwencji jedne grupy próbują innym grupom narzucić swoje poglądy, wartości i idee. Silniejsi bywają górą, słabsi albo mniej liczni protestują, a podział staje się coraz większy.

Przykro to powiedzieć, ale czasem zapominamy, że wartości chrześcijańskich nie da się narzucić siłą lub przepisem prawnym. Nie tak działa Ewangelia, nie tak działał Jezus. Jak słaby musi czuć się Kościół, który nie potrafi ludzi zachęcić do życia w duchu Ewangelii i musi odwoływać się do polityki i aktów prawnych?

Gdyby Bóg chciałby w ten sposób działać, to rację miałby król Herod – Jezus musiałby się urodzić w pałacu i mieć do dyspozycji aparat państwowy. Mógłby wykorzystywać policję, sprawdzać czy ludzie żyją pobożnie, karać, a nawet wtrącać do więzienia. Czy nie tak właśnie rodzi się religijny fundamentalizm, którego się słusznie obawiamy? Tymczasem Bóg wybrał stajnię i dwoje bezbronnych, często przestraszonych rodziców.  Bóg stał się jednym z nas. To truizm, oczywiście. Szczególnie często powtarzany w święta. Ale to prawda. Bóg odrzucił drogę siły, drogę prawa i egzekwowania. Wybrał drogę miłości i świadectwa.

Czasem ten krok wydaje się niezrozumiały. Dlaczego mając możliwość podporządkowania sobie świata i ludzi, tylko wyciąga rękę i zaprasza? Może dlatego, że miłość nie rodzi się z przymusu? Może dlatego, że wymuszone posłuszeństwo nigdy nie przyniesie dobra?

Warto o tym pomyśleć. Szczególnie wtedy, gdy nadchodzi pokusa, by umieścić Boga na sztandarach i ruszyć na krucjatę prawną albo polityczną.  Być może czasem każdy chciałby oczekiwać od Boga, Zbawiciela, objawienia potęgi i mocy, która może być po naszej stronie. Przecież wierzymy w niego. Tak chcielibyśmy. Ale to może okazać się błędem, który popełnił Judasz. Oczekiwał władzy, marzył o nowym porządku, liczył, że trzy lata wędrówki za Jezusem, w końcu się zwrócą. Los się odmieni. A skoro sam Jezus się nie kwapił do działania, trzeba było to jakoś wymusić. Przecież ma moc. – Jeśli go wydam, jeśli będzie zmuszony, to wreszcie pokaże wszystkim i weźmie tę władzę polityczną – bardzo prawdopodobne, że tak właśnie Judasz rozumował. Ale się pomylił.

Jezus nie został politykiem, choć być może tak byłoby łatwiej, ale cena byłaby zbyt wysoka. Stanąłby bowiem tylko po jednej stronie, musiałby wziąć do ręki narzędzia prawne. Musiałby wymuszać, egzekwować, karać za niesubordynację. Może nawet czyniłby to z sukcesami, ale nie byłoby tam Ewangelii. Miłość zostałaby zastąpiona prawem, a może i więziennymi kratami.

Dzisiaj Jezus już nie głosi Ewangelii. To zadanie pozostawił swym naśladowcom. Podjął ogromne ryzyka, ale się nie ugiął. Doskonale zdawał sobie sprawę, że największym wrogiem Ewangelii będzie ludzka pycha i walka o władzę. Ale zaryzykował.

Wiedział jednak, że Ewangelia jest piękna, życiodajna, ale jej głoszenie musi być wrażliwe niczym skrzydła motyla. Jeśli potraktuje się je siłą, stracą swoją moc i piękno. Skorzystajmy z możliwości, jaką daje Ewangelia Pójdźmy aż do Betlejemu i oglądajmy to, co (naprawdę) się stało i co nam objawił Pan.

Brak możliwości dodawania komentarzy.