Parafia Ewangelicko-Luterańska we Wrocławiu

Filipianie – tam przewodziły kobiety

Flp 1,3-11 6,6-8, ks. Marcin Orawski

 

(3) Dziękuję Bogu mojemu za każ­dym razem, ile­kroć was wspo­mi­nam, (4) zawsze w każ­dej modli­twie mojej za wszyst­kich was z rado­ścią się modląc, (5) za spo­łecz­ność waszą w ewan­ge­lii od pierw­szego dnia aż dotąd, (6) mając tę pew­ność, że Ten, który roz­po­czął w was dobre dzieło, będzie je też peł­nił aż do dnia Chrystusa Jezusa. (7) Słuszna to rzecz, abym tak myślał o was wszyst­kich dla­tego, że mam was w swoim sercu, boście wszy­scy wraz ze mną współ­uczest­ni­kami łaski zarówno wów­czas, gdy jestem w wię­zie­niu, jak i w cza­sie obrony i umac­nia­nia ewan­ge­lii. (8) Albowiem Bóg mi świad­kiem, jak tęsk­nię do was wszyst­kich ser­deczną miło­ścią Chrystusa Jezusa. (9) I o to modlę się, aby miłość wasza coraz bar­dziej obfi­to­wała w pozna­nie i wszel­kie dozna­nie, (10) aby­ście umieli odróż­niać to, co słuszne, od tego, co nie­słuszne, aby­ście byli czy­ści i bez nagany na dzień Chrystusowy, (11) pełni owocu spra­wie­dli­wo­ści przez Jezusa Chrystusa, ku chwale i czci Boga. 

List do Filipian należy do naj­spo­koj­niej­szych publi­ka­cji apo­stoła Pawła. Zwykle apo­stoł musiał reago­wać na bie­żącą sytu­ację, kry­zysy, a nawet kon­flikty, które poja­wiały się w zakła­da­nych przez niego zbo­rach. Problemów nie bra­ko­wało i w sta­ro­żyt­nym chrze­ści­jań­stwie. Tym razem jed­nak zwia­sto­wa­nie Pawła wydało się tra­fić na bar­dzo podatny grunt i apo­stoł z rado­ścią i spo­ko­jem może napi­sać: – Cieszę się, dzię­kuję za Was Bogu! Nie ozna­cza to, że z Filipii wią­zały Pawła tylko miłe wspo­mnie­nia. Miejscowy areszt, też nie był mu obcy. Początek był jed­nak piękny, a efekty zwia­sto­wa­nia Ewangelii budu­jące.

Filipii to mia­sto na tere­nie Macedonii, które znaj­do­wało się pod rzym­ską oku­pa­cją. W kilku miej­scach znaj­do­wały się świą­ty­nie wznie­sione ku czci cesa­rza Augusta, ale rzy­mia­nom nie prze­szka­dzało, że miej­scowa lud­ność odda­wała rów­no­le­gle cześć lokal­nym bóstwom. Mniej wię­cej połowę miesz­kań­ców sta­no­wili rdzenni Macedończycy a połowę rzym­scy osad­nicy. Nie było tam syna­gogi, bo mniej­szość żydow­ska była bar­dzo nie­wielka.

Mała grupka Żydów spo­ty­kała się jed­nak regu­lar­nie poza murami mia­sta, nad rzeką, aby po swo­jemu obcho­dzić sabat. Trzeba otwar­cie powie­dzieć – mieli mgli­ste poję­cie o Torze i żydow­skich tra­dy­cjach. Mało tego, więk­szość nie była nawet Żydami, tylko sym­pa­ty­kami. Grupka ama­to­rów, któ­rzy coś tam pró­bują robić, ale głęb­szej wie­dzy nie posia­dają. Nie prze­szka­dzało im to w naj­mniej­szym stop­niu i bar­dzo dobrze.

Grupce prze­wo­dziła kobieta. Miała na imię Lidia. Posiadała ona silną oso­bo­wość i zdol­no­ści przy­wód­cze. Była też odważna, więc nie przej­mo­wała się zanadto żydow­ską orto­dok­sją. Wiadomo na przy­kład, że modli­twy powinny być pro­wa­dzone w obec­no­ści przy­naj­mniej dzie­się­ciu męż­czyzn. Tymczasem towa­rzy­szący Pawłowi Łukasz – autor Dziejów Apostolskich – zauwa­żył tam same kobiety.

Istnieje przy­sło­wie, że „Gdy uczeń jest gotowy, poja­wia się mistrz”. Tu się spraw­dziło. Gdy do Filipii dotarł apo­stoł Paweł, nie musiał zaczy­nać od zera. Właściwie zbór już ist­niał. To nic, że luźno nawią­zu­jący do tra­dy­cji żydow­skich, nie­ma­jący zie­lo­nego poję­cia o ist­nie­niu Chrystusa i Kościoła chrze­ści­jań­skiego. Istniała już pewna struk­tura, a co naj­waż­niej­sza – cha­ry­zma­tyczna liderka, otwarta na nowe idee, ale nie rap­towna. Mimo, że była zauro­czona juda­izmem, nigdy na przy­kład nie pomy­ślała, by obrze­zać swego męża i synów. Zresztą wszy­scy mieli – jak wspo­mnia­łem – raczej luźny sto­su­nek do tra­dy­cji. Bardziej spodo­bał jej się inny obrzęd, o któ­rym opo­wie­dział Paweł. Zwłaszcza, że był bez­bo­le­sny. Wchodziło się do wody, cele­brans zanu­rzał głowę i mówił: chrzczę cię w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Odtąd wszystko się zmie­niało.

Lidia, tak się cie­szyła, że pra­gnęła, aby cała rodzina została ochrzczona. Dodatkowo przy­mu­szała apo­stoła, by się j zatrzy­mał u niej w domu. Paweł czy­nił to nie­chęt­nie, ponie­waż zwy­kle nie lubił być od kogoś zależny, ale wobec entu­zja­zmu Lidii nawet i on uległ. Prawdopodobnie dzięki tej odważ­nej kobie­cie chrze­ści­jań­stwo w Filiipi zaczęło dosko­nale się roz­wi­jać, i będzie tak nawet wtedy, gdy apo­stoł już wyje­dzie.

Lidia była nie­zwy­kłą osobą, pod­wa­ża­jącą przy oka­zji tezę, że w sta­ro­żyt­nym chrze­ści­jań­stwie tylko męż­czyźni kie­ro­wali zbo­rami. Miała też pozy­cję w hie­rar­chii spo­łecz­nej, ponie­waż sprze­da­wała i eks­por­to­wała pur­purę. Nie była żoną kupca, to ona pro­wa­dziła biz­nes. I można sobie wyobra­zić, że jeśli jej per­swa­zjom uległ nawet apo­stoł Paweł, to musiała posia­dać silny auto­ry­tet.

Charyzma Pawła i ener­gicz­ność Lidii mocno oddzia­ły­wały na innych. I wła­ści­wie, gdyby trzeba było wska­zać zbór, roz­wi­ja­jący się naj­le­piej, bez więk­szych kry­zy­sów i per­tur­ba­cji, to na pewno Filipianie byliby w czo­łówce.

Apostoł mógł czuć się szczę­śliwy. – Albowiem Bóg mi świad­kiem, jak tęsk­nię do was wszyst­kich ser­deczną miło­ścią Chrystusa Jezusa. I o to modlę się, aby miłość wasza coraz bar­dziej obfi­to­wała. Ale, jak wspo­mnia­łem, z Filipii, apo­stoł wią­zał nie tylko miłe wspo­mnie­nia.

Przez wiele dni cho­dziła za nim i jego towa­rzy­szami psy­chicz­nie chora kobieta, która ucho­dziła za wieszczkę. Nie byłoby w tym nic wyjąt­ko­wego, gdyby nie fakt, że była ona nie­wol­nicą i wiesz­cze­niem przy­no­siła zyski swoim panom. Chora upa­trzyła sobie Pawła i jego towa­rzy­szy, cią­gle za nimi cho­dziła i wołała, skąd­inąd słusz­nie – Ci ludzie są słu­gami Boga Najwyższego (Dz 16,17). Wszystkim to dzia­łało na nerwy. Któregoś dnia, zmę­czony Paweł już tak się ziry­to­wał, że uzdro­wił tę dziew­czynę. I się zaczęło. Zamiast wdzięcz­no­ści wywo­łał wście­kłość wła­ści­cieli nie­wol­nicy, ponie­waż stra­cili źró­dło zysków. Szybko oskar­żyli Pawła i grupkę towa­rzy­szą­cych mu Żydów o wrogą dzia­łal­ność prze­ciwko oby­wa­te­lom rzym­skim i jesz­cze szyb­ciej Paweł tra­fił do wię­zie­nia. Przy oka­zji, urzęd­nicy kazali go tra­dy­cyj­nie wychło­stać.

W wię­zie­niu nastą­pił cud. Paweł wraz z Sylasem modlili się i śpie­wali pie­śni i nagle powstało trzę­sie­nie ziemi i otwo­rzyły się drzwi. Dla straż­nika scena jak z hor­roru. Przestraszony padł na kolana i bła­gał, by ochrzczono jego i rodzinę. Błyskawicznie wysłał też posłań­ców do zwierzch­ni­ków, aby pro­sić o zwol­nie­nie Pawła, bo się jakieś dziwy dzieją. Pretorzy się zgo­dzili, ale Paweł zasko­czył wszyst­kich. Odpowiedział: – Nie! Bardzo mi tu dobrze! I odpa­lił taką bombę, że urzęd­ni­kom włosy sta­nęły dęba. Dopiero teraz się przy­znał, że nie jest zwy­kłym Żydem, któ­rego ot tak można sobie wchło­stać, ale ma oby­wa­tel­stwo rzym­skie. Urzędnicy byli prze­ra­żeni. Bez sądu wychło­stali i wsa­dzili do wię­zie­nia rzy­mia­nina.

Można odnieść wra­że­nie, że apo­stoł był zado­wo­lony. Pewnie w duchu trium­fo­wał, gdy teraz to oni bła­gali go, aby opu­ścił wię­zie­nie, nie wno­sił skargi i poszedł sobie z mia­sta, gdzie indziej szu­kać przy­gód. (por. Dz 16,16-31) Apostoł rze­czy­wi­ście zde­cy­do­wał się opu­ścić mia­sto, ale nie tak szybko, jak chcieli urzęd­nicy. Poszedł jesz­cze do domu Lidii, poże­gnał się i dopiero potem powoli opu­ścił Filippi. Miał więc swoją pry­watną satys­fak­cję z triumfu nad biu­ro­kra­tami, ale naj­waż­niej­sze mógł wyjeż­dżać spo­kojny o los zboru chrze­ści­jań­skiego.

Myślę, że wyda­rze­nia z Filippi są nie­zwy­kle fascy­nu­jącą histo­rią. Warto im się przyj­rzeć, ponie­waż poka­zują roz­wój chrze­ści­jań­stwa też od ludz­kiej strony. Apostoł nie jest tu jakimś hero­sem, który przy­bywa na bia­łym koniu i głosi malucz­kim Ewangelię. Jest czło­wie­kiem z przy­wa­rami, ludz­kimi małost­kami, jak każdy. Ale jed­no­cze­śnie dzięki odwa­dze i ogrom­nej pracy, stał się nie­zwy­kłym narzę­dziem w rękach Boga.

W Filipii tra­fił na wspa­nia­łych ludzi, któ­rych potem w pięk­nym, spo­koj­nym i peł­nym miło­ści liście wymie­nia. I cho­ciaż imiona nie­któ­rych z nich nic nam nie mówią, to doty­kamy tej nie­zwy­kłej ener­gii, siły miło­ści, która być może zaska­ki­wała nawet apo­stoła.

O Lidii już sły­sze­li­śmy. Jest jesz­cze Ewodia, Syntycha, Epafrodyta. Paweł, gdzie indziej dość kry­tyczny wobec kobiet, tu z rado­ścią powie­rza im zbór Filipii. I jest szczę­śliwy, widząc, jak się roz­wi­jają. Rzecz jasna wzywa do jed­no­ści, ponie­waż, praw­do­po­dob­nie bywało, że Ewodia i Syntycha lubiły się pokłó­cić, ale gene­ral­nie wszystko roz­wi­jało się dosko­nale.

– Radości i korono moja, trwaj­cie w Panu, umi­ło­wani (Flp 4,1) – Paweł nie waha się uży­wać wiel­kich słów. I warto razem z Pawłem się nimi cie­szyć, modląc się, by tak atmos­fera, taka miłość i otwar­tość mogły roz­wi­jać się i wśród nas. Abyśmy, tak jak Filipianie, odczu­wali praw­dziwą wspól­notę i jed­ność, nawet, gdy na wiele tema­tów mamy różne zda­nia. Albo jak Syntychii i Ewodii zda­rzy nam się w czymś poróż­nić. Wszyscy jed­nak – co nie­usta­nie pod­kre­ślał apo­stoł Paweł – nale­żymy do Chrystusa. – A ten, który roz­po­czął w was dobre dzieło, będzie je też peł­nił aż do dnia Chrystusa Jezusa.

Brak możliwości dodawania komentarzy.