Parafia Ewangelicko-Luterańska we Wrocławiu

Jaja dla zuchwałych!

DSC07924W drugi dzień świąt wielkanocnych zamiast lanego poniedziałku był poniedziałek sypany, a na tradycyjne poszukiwanie czekoladowych jajek w Sulistrowiczkach u stóp Ślęży udali się tylko nieliczni najodważniejsi. Ale zacznijmy od początku…

Już przed świętami członkowie Klubu Rodzica i Szkółki Niedzielnej z rosnącym napięciem śledzili prognozy pogody, które nie napawały optymizmem. Wszyscy żartowali, że czeka nas powtórka sprzed dwóch lat i, jak się okazało, mieli rację.

W wielkanocny poniedziałek śniegiem sypnęło jeszcze przed nabożeństwem, więc do kościoła dotarło niewielu małych parafian. Po nabożeństwie w salce parafialnej odbyła się narada wojenna – jechać czy nie? Głosy były mocno podzielone. W końcu gospodarz imprezy, Jacek Sowa, stwierdził, że on z rodziną jedzie do Sulistrowiczek, a reszta ma po prostu do nich dołączyć i już. Więc pojechaliśmy.

Żeby dotrzeć na miejsce poszukiwań musieliśmy pokonać nieco błotnistą drogę i mokrą trawę, ale, jak się później okazało, to było najłatwiejsze zadanie. W podmuchach zimnego wiatru rozpakowywaliśmy świąteczne wiktuały i usiłowaliśmy rozpalić ognisko z mokrych gałęzi. W międzyczasie panie Iwona Orawska i Anita Sowa chowały w trawie i pod drzewami jajka niespodzianki. Kiedy dały nam w końcu sygnał do rozpoczęcia poszukiwań, rozpętała się prawdziwa śnieżyca. Ostro zacinający śnieg atakował nasze oczy i uszy, a okularnikom w kilka chwil zredukował widzialność do zera. Jajka błyskawicznie znikły pod białą kołderką, a osypujący się z gałęzi biały puch wpadał za kołnierze kurtek. Po kilkunastu minutach doszczętnie przemoczeni wróciliśmy, żeby ogrzać się przy ognisku i podliczyć straty. Okazało się, że brakuje kilku czekoladowych jajek i dwóch szklanych. Znalazł się za to jedyny porcelanowy baranek.

Po chwili chmury rozpierzchły się, a słońce przygrzało tak mocno, że natychmiast zdjęliśmy kurtki i w samych swetrach rzuciliśmy się na ciasta, sałatki i termosy z gorącą herbatą i kawą. Kiedy śnieg stopniał, część z nas jeszcze raz pobiegła w krzaki szukać pozostałych jajek, ale wróciliśmy tylko z jednym i to szklanym. W trakcie tych drugich poszukiwań znów sypnęło śniegiem, więc postanowiliśmy zakończyć imprezę i ewakuować się do domów.

W Sulistrowiczkach zostawiliśmy dwa jajka czekoladowe, jedno szklane i… nakrętkę od statywu do aparatu. Wracając do domu, choć mokrzy, ubłoceni, zmarznięci i zmęczeni, czuliśmy się jednak jak bohaterowie. Postanowiliśmy, że wrócimy tam jeszcze w kwietniu i w większym gronie zrobimy powtórkę imprezy.

Daria Stolarska
fot. Iwona Orawska

Brak możliwości dodawania komentarzy.