Parafia Ewangelicko-Luterańska we Wrocławiu

Krzyż to „Boże plecy”

Tekst: 1 Kor 1,18-25, ks. Marcin Orawski

 

(18) Albowiem mowa o krzyżu jest głup­stwem dla tych, któ­rzy giną, nato­miast dla nas, któ­rzy dostę­pu­jemy zba­wie­nia, jest mocą Bożą. (19) Napisano bowiem: Wniwecz obrócę mądrość mądrych, a roz­trop­ność roz­trop­nych odrzucę. (20) Gdzie jest mądry? Gdzie uczony? Gdzie badacz wieku tego? Czyż Bóg nie obró­cił w głup­stwo mądro­ści świata? (21) Skoro bowiem świat przez mądrość swoją nie poznał Boga w jego Bożej mądro­ści, przeto upodo­bało się Bogu zba­wić wie­rzą­cych przez głu­pie zwia­sto­wa­nie. (22) Podczas gdy Żydzi zna­ków się doma­gają, a Grecy mądro­ści poszu­kują, (23) my zwia­stu­jemy Chrystusa ukrzy­żo­wa­nego, dla Żydów wpraw­dzie zgor­sze­nie, a dla pogan głup­stwo, (24) nato­miast dla powo­ła­nych – i Żydów, i Greków, zwia­stu­jemy Chrystusa, który jest mocą Bożą i mądro­ścią Bożą. (25) Bo głup­stwo Boże jest mędr­sze niż ludzie, a sła­bość Boża moc­niej­sza niż ludzie. 

Mam subiek­tywne odczu­cie, że gdyby do prze­czy­ta­nego frag­mentu Listu do Koryntian dodać opis męki i śmierci Jezusa na Golgocie, byłby naj­bar­dziej wiel­ko­piąt­kowy tekst Nowego Testamentu. A wła­ści­wie wydaje mi się, że tak wła­śnie jest. Żadne inne słowo tak dobrze nie oddaje istoty krzyża niż to: „My zwia­stu­jemy Chrystusa ukrzy­żo­wa­nego, dla Żydów wpraw­dzie zgor­sze­nie, a dla pogan głup­stwo, nato­miast dla powo­ła­nych –i Żydów – i Greków, zwia­stu­jemy Chrystusa, który jest mocą Bożą i mądro­ścią Bożą.”

Mądrość w głup­stwie, siła w sła­bo­ści to doświad­cze­nia które – szcze­gól­nie w ducho­wo­ści ewan­ge­lic­kiej – wiążą się nawet z emo­cjo­nal­nymi dozna­niami.

Nie ma chyba bar­dziej posęp­nej antro­po­lo­gii, niż ta, która wydaje się wypły­wać z teo­lo­gii ewan­ge­lic­kiej. Wszyscy jeste­śmy grzesz­ni­kami, przed Bogiem upa­dli­śmy total­nie, jeste­śmy żebra­kami. Wszyscy, bez wyjątku. „Wszyscy zgrze­szyli i brak i chwały Bożej” – pisał apo­stoł Paweł i pod­kre­ślał za nim Marcin Luter. Właściwie nic, tylko rzu­cić się w prze­paść, gdyby nie fakt, że dawno już jeste­śmy na samym dnie prze­pa­ści i potę­pie­nia.

Rację mają ci, któ­rzy mówią, że ewan­ge­licy smutno, wręcz żało­śnie przed­sta­wiają sytu­ację czło­wieka. Myli się jed­nak ten, kto myśli, że w związku z tym ducho­wość ewan­ge­licka jest przy­gnę­bia­jąca i ponura. Jest cał­ko­wi­cie odwrot­nie, ponie­waż świa­do­mość grze­chu i owo sym­bo­liczne „ude­rze­nie w dno” jest punk­tem wyj­ścia, a nie dra­ma­tycz­nym losem.

Tak, grzech ode­pchnął nas od Boga, zepchnął w otchłań, ale wła­śnie tam, gdzie koń­czą się nasze siły i moż­li­wo­ści, nasze zasługi i wyno­sze­nie ponad innych, możemy prze­stać kon­cen­tro­wać się na sobie, a zacząć myśleć o pełni życia z Bogiem. Nie w chwale czło­wie­czeń­stwa, nie w glo­rii bycia koroną stwo­rze­nia, ale na dnie upadku Chrystus odnaj­duje czło­wieka. Zbawiciel nie przy­je­chał na pięk­nym koniu w lśnią­cej zbroi, ale obja­wił się na krzyżu, w sła­bo­ści i upadku, aby nie­jako zejść w ten spo­sób do nas i wycią­gnąć z otchłani. Dlatego ewan­ge­licka ducho­wość zde­cy­do­wa­nie bar­dziej kon­cer­tuje się na Wielkim Piątku niż Wielkanocy. W tzw. teo­lo­gii krzyża, zba­wie­nie czło­wieka nie doko­nuje się w chwale, glo­rii zwy­cię­stwa, ale w ubó­stwie, odrzu­ce­niu, hań­bie.

Według apo­stoła Pawła mądry jest ten, kto pod war­stwą zgor­sze­nia, porażki, ubó­stwa krzyża, jest w sta­nie dostrzec ukryte obli­cze Boga. Przypomnę meta­forę, którą posłu­żył się Luter przy­rów­nu­jąc krzyż do opo­wie­ści o tym, jak Mojżesz zapra­gnął zoba­czyć Boga. Bóg mu odpo­wie­dział wprost: – Nie możesz. Nie może mnie czło­wiek oglą­dać i pozo­stać przy życiu. Ale dał Mojżeszowi pewną szansę.

Powiedział: – Stań na skale. A gdy prze­cho­dzić będzie chwała moja, posta­wię cię w roz­pa­dli­nie skal­nej i osło­nię cię dło­nią moją, aż przejdę. A gdy usunę dłoń moją, ujrzysz mnie z tyłu, obli­cza mego oglą­dać nie można. W ten spo­sób, choć Mojżesz nie ujrzał samego obli­cza, zoba­czył jakby „Boże plecy”. Dla Lutra wła­śnie krzyż jest takim odbi­ciem Boga, jego „ple­cami”. Bóg ukrył swoją chwałę wła­śnie w krzyżu, pospo­li­tym narzę­dziu śmierci, hańby i porażki.

Dlaczego to zro­bił? Z tego samego powodu, o któ­rym powie­dział Mojżeszowi. – Nikt nie może mnie oglą­dać i pozo­stać przy życiu. Krzyż stał się jak gdyby dło­nią, którą Bóg zasło­nił oczy ludzi, aby – tak jak Mojżesz – mogli pozo­stać przy życiu. To piękna meta­fora, wyja­śnia­jąca jed­no­cze­śnie wiele powo­dów, dla któ­rych Wielki Piątek tak mocno został wyak­cen­to­wany w pro­te­stan­ty­zmie.

W innych tra­dy­cjach, które bar­dziej akcen­tują Bożą potęgę, maje­stat, zwy­cię­stwo, wszech­moc, moc­niej akcen­tuje się Wielkanoc. Wielki Piątek staje się tam jedy­nie pew­nego rodzaju pre­lu­dium. Wstępem, do zwy­cię­stwa Boga, które od dawna było zapla­no­wane.

W ducho­wo­ści ewan­ge­lic­kiej jest ina­czej. Nie ma wąt­pli­wo­ści – krzyż, hańba i pogarda są maską, która zakrywa Boże obli­cze. To, co naj­waż­niej­sze stało się wła­śnie w Wielki Piątek. To dzień, w któ­rym Bóg zba­wił czło­wieka, choć musiał się ukryć w krzyżu. Jako ewan­ge­licy – mówiąc nie­skrom­nie – wiemy jak prze­żyć Wielki Piątek. Przemawia do naszych emo­cji. Jest spójny z naszą antro­po­lo­gią. Ma to też bar­dzo prak­tyczny wpływ na nasze postrze­ga­nie świata.

W ducho­wo­ści akcen­tu­ją­cej pokorę, dostrze­ga­ją­cej, że nasze zba­wie­nie doko­nuje się w upadku i sła­bo­ści, a nie w potę­dze i mocy, ist­nieje bar­dzo silne prze­ko­na­nie, że wszy­scy jeste­śmy takimi samymi grzesz­ni­kami. To punkt wyj­ścia. Jestem grzesz­ni­kiem, który potrze­buje łaski i krzyża. A z tego wynika – i to jest dla ducho­wo­ści cha­rak­te­ry­styczne – że nie mam ani powo­ła­nia ani prawa, by doko­ny­wać ocen życia bliź­nich. Tak samo jak każdy inny potrze­buję zba­wie­nia. Nie jestem lep­szy.

 

– Kto ma uszy nie­chaj słu­cha – mówił Jezus. Kto ma oczy, niech patrzy głę­biej niż tylko na powierzch­nię. Niech w krzyżu spró­buje dostrzec, że nie ten, kto się chlubi uzna­niem świata ma moc zbaw­czą. Na Golgocie w tym, co wyda­wało się słabe, upa­dłe, wręcz głu­pie, było i jest ukryte zba­wie­nie.

„Skoro bowiem świat przez mądrość swoją nie poznał Boga w jego Bożej mądro­ści, przeto upodo­bało się Bogu zba­wić wie­rzą­cych przez głu­pie zwia­sto­wa­nie.”

Dziś patrząc na krzyż, widzimy, podob­nie jak Mojżesz jedy­nie „Boże plecy”. Jeśli nie uświa­do­mimy sobie, że to tylko powierzch­nia, pewien obraz, sym­bol, za któ­rym skryta jest Boża obec­ność, krzyż pozo­sta­nie głup­stwem, bez więk­szego zna­cze­nia.

Będzie można zro­bić z nim wszystko – zigno­ro­wać, wyma­chi­wać innym przed oczyma, wie­szać rasi­stow­skie hasła, prze­ga­niać nim imi­gran­tów, umiesz­czać na każ­dej ścia­nie – a im wię­cej wrzawy to wywoła tym lepiej. Z takim krzy­żem możemy zro­bić wszystko, bo to nie będzie krzyż Jezusa Chrystusa, będą to tylko – jak mówił ks. Józef Tischner – dwa patyki.

Na Golgocie nie było jed­nak krzyża wła­dzy, ludz­kiej potęgi, ambi­cji, nacjo­na­li­stycz­nej siły i czy raso­wych tra­dy­cji. Tam stał krzyż pokory, ofiary i miło­ści. Głupstwo. Słabość. Naiwność. A kogo może zain­te­re­so­wać głup­stwo i brak siły? Ludzie wolą patrzeć na tego, kto jest mocny, ma oręż, potrafi gło­śniej krzy­czeć, wal­czyć, a nie prze­ba­czać wro­gom. I to jest błąd. Apostoł Paweł nie ma wąt­pli­wo­ści:

Głupstwo Boże jest mędr­sze niż ludzie, a sła­bość Boża moc­niej­sza niż ludzie. Gdzie jest mądry? Gdzie uczony? Gdzie badacz wieku tego? Czyż Bóg nie obró­cił w głup­stwo mądro­ści świata?  Dlatego Krzyż, ten praw­dziwy, pisany z dużej litery, nie wal­czy świa­tem, ale świat zba­wia. Na tym krzyżu Boży Syn nie tępi wro­gów narodu, tra­dy­cji czy rasy, ale modli się – Ojcze, odpuść im, bo nie wie­dzą, co czy­nią. Proszę, aby byli jedno.

Jeśli w krzyżu ktoś szuka narzę­dzia walki i mocy, to tam ich nie znaj­dzie. Nawet jeśli skleci dwa patyki i je ozdobi, nie będzie tam Chrystusa.

„Wniwecz obrócę mądrość mądrych, a roz­trop­ność roz­trop­nych odrzucę” – cytuje Pismo apo­stoł. „Jeśli cię kto ude­rzy w prawy poli­czek, nad­staw mu i drugi. A temu, kto chce się z tobą pro­ce­so­wać i zabrać ci szatę, zostaw i płaszcz. A kto by cię przy­mu­szał, żebyś szedł z nim jedną milę, idź z nim i dwie” – znamy dobrze słowa z Kazania na Górze.

Moc obja­wiona w sła­bo­ści. Bo ten, który się boi, kto ma kom­pleksy, kto nie ma poczu­cia wła­snej war­to­ści, będzie reago­wał agre­sją. Nadstawić poli­czek, oka­zać dobro, akcep­ta­cję, może tylko ten, kto ma w sobie moc, tę wypły­wa­jącą z głębi, a nie z pozo­rów.

Jeśli tę moc uda nam się odkryć w Krzyżu, zawsze będzie on zna­kiem miło­ści, akcep­ta­cji i zba­wie­nia. Zawsze pozo­sta­nie krzy­żem Jezusa Chrystusa, w któ­rym Bóg ukrył swoją chwałę i pod któ­rym wszy­scy jeste­śmy bliź­nimi.

Brak możliwości dodawania komentarzy.