Parafia Ewangelicko-Luterańska we Wrocławiu

Nie rozpalajmy ognia w piekle

Tekst: Łk 21,25-28.33, ks. Marcin Orawski

 

 I będą znaki na słońcu, księżycu i na gwiazdach, a na ziemi lęk bezradnych narodów, gdy zahuczy morze i fale. Ludzie omdlewać będą z trwogi w oczekiwaniu tych rzeczy, które przyjdą na świat, bo moce niebios poruszą się. I wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłoku z mocą i wielką chwałą. A gdy się to zacznie dziać, wyprostujcie się i podnieście głowy swoje, gdyż zbliża się odkupienie wasze. (…) Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą.

 

Powiem wprost: gdy byłem dzieckiem nie lubiłem Adwentu. Przerażały mnie takie teksty, jak ten, który przed chwilą przeczytałem. A właściwie strach wzbudzali ludzie, którzy tymi tekstami posługiwali się na różnych ewangelizacjach czy spotkaniach, na które mnie zabierano. Pamiętam, jak niemal rozkoszowali się opisami końca świata, kiedy to gwiazdy miały spadać z nieba, góry trząść, a ludzie sinieć z trwogi, gdy Chrystus postanowi przyjść powtórnie. A ponieważ mieszkałem w miejscowości otoczonej przez góry, to tego rodzaju opisy mocno do mnie przemawiały. Nieraz patrzyłem – zresztą nie tylko ja – w niebo i wyglądałem czy aby jakiś znak – przyjścia Jezusa, uchowaj Boże – się nie pojawił.

Później zrozumiałem. Strach jest doskonałym narzędziem władzy. Jest tak skuteczny, że nawet piękny biblijny tekst o nadziei potrafi przeobrazić w prawdziwy koszmar. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak szybko religia może stać się częścią systemu kontroli, w którego centrum wybudza się poczucie winy, a konsekwencji właśnie lęk. Pomyślmy, czemu miało służyć wyakcentowanie barwnych, dramatycznych i przerażających opisów piekła, wiecznej kaźni, palącego ognia, lejącej się smoły, toczącego robaka i wiele innych. Jeśli masz przed sobą perspektywę piekła, bo jesteś niedoskonałym człowiekiem i nigdy nie będziesz wystarczająco dobry, jeśli ktoś Ci wmówi, że grozi ci niewyobrażalne cierpienie, które nigdy się nie skończy, jeśli wreszcie ktoś cię przekona, że możesz tego uniknąć i on ci powie jak, to jaki jest rezultat? Jest nim władza.

Dlatego tworzono najstraszniejsze wyobrażenia tego ognistego miejsca, które ma być postrachem dla całych rzesz religijnych ludzi. Z tym lękiem zmagał się także Marcin Luter przez dużą część życia, dopóki nie odkrył Bożej miłości. I doprawdy nie ma to nic wspólnego z pojęciem „Bojaźń Boża”, o której nieraz mówi Słowo Boże. „Bojaźń Boża” to świadomość świętości Boga, jego potęgi, która budzi respekt.

„Bojaźni Bożej” doświadcza nieraz człowiek, który na przykład staje na szczycie góry i widzi zapierający dech w piersiach widok. Jest pod wrażeniem, czuje swoją znikomość wobec stworzenia, jego potęgi i piękna. Ale przecież nie jest przerażony, zalękniony. Odczuwa, że wobec tego wszystkiego jest zaledwie drobiną, ale nie staje się zakompleksiony. Przeciwnie – jest zafascynowany i zachęcony do szukania tego, kto to stworzył, do doświadczania piękna, dobra. Tymczasem w wielu religiach, a bywało, że i w Kościołach, na hasło „Bojaźń Boża” rozpalano piekielne piece i za wszelką cenę podsycało się w nich ogień, aby nie stracić kontroli nad człowiekiem, aby ludzie nie dorośli i nie zaczęli samodzielnie myśleć.

Taka narracja próbowała więzić także samego Boga, sadzając go na tronie albo umieszczając w niebie, skąd patrzy na ludzkie życie i je osądza. Bóg zostaje w ten sposób zamknięty w różnych systemach ludzkich wyobrażeń, ideach kary, odwetu, walki z wrogami.

Łatwo wtedy wykorzystać Go do własnych celów. – Gott mit uns.  – Allahu Akbar.  Dla wiernych męczenników nagroda, inni to zdrajcy. Niech spłoną w piekle. – Nasza wojna jest święta. Bóg jest po naszej stronie.

Ten jednak Bóg, który objawiła się w Jezusie Chrystusie, nie jest jakąś iluzoryczną postacią w niebie. Nie jest okrutnym żandarmem, skazującym ludzi na wieczny obóz koncentracyjny. Jest całkowicie przeciwnie. On wie, że tak czy inaczej naszemu życiu towarzyszy lęk. Martwimy się o nieznaną przyszłość, zdrowie, relacje z innymi, o to jak potoczy się życie, co nas może zaskoczyć. I naprawdę nigdzie nie zauważam, żeby Bóg Biblii, chciał te lęki pogłębiać. Mówi raczej: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam ukojenie” (Mt 11,28).

Kiedy Jezus przebywał na ziemi, podążała za nim grupka ludzi. Mieli potem pójść na cały świat. Mieli głosić wieść, która miała zmieniać życie ludzi. Jezus wiedział, że nie wszędzie jego naśladowcy będą przyjmowani z otwartymi rękami. Nie wszędzie myśl o bezwarunkowej miłości bliźniego, o pojednaniu i akceptacji, wywołają entuzjazm. Zbyt wiele układów politycznych i religijnych systemów władzy miała naruszyć.  Dlatego Jezus ich ostrzega: – Czasem będziecie cierpieć, będą was wyrzucać ze świątyń, uważać za zdrajców, wtrącać nawet do więzień, gdy będziecie mówić, że nawet wroga należy kochać. (por. Łk 21,8nn). Zapłacicie wysoką cenę za to, że nie godzicie się na nienawiść i przyznajecie się do mojego imienia. Ale nie bójcie się. Gdy padnie na was strach, gdy to się zacznie dziać. „Wyprostujcie się i podnieście głowy swoje, gdyż zbliża się odkupienie wasze.”

To nie Bóg tworzy piekło, On nas od piekła ratuje. Piekło często tworzymy sami sobie, gdy chcemy wyzbyć się Boga i jego miłości. A być może jeszcze większym nieszczęściem jest życie z wyobrażeniem Boga, który stał się obrazem człowieka okrutnego, nienawistnego, wykluczającego, potępiającego. Piekłem było umieszczeniem na nazistowskim pasku „Gott mit uns”. Piekłem może stać się nawet krzyż, jeśli stanie się politycznym transparentem.

Przed kilkoma miesiącami, zwierzchnik naszego Kościoła biskup Jerzy Samiec odwiedził obóz uchodźców Zaatari w Jordanii. Utkwił mi w pamięci pewien wątek z jego relacji. Jedna z osób tam pracujących powiedziała: „W krajach, w których nie ma chrześcijan nie ma światła. Tam gdzie są chrześcijanie, nawet niewielu, pojawia się światło”.

Chcę być daleki od porównywania religii i sporu, która jest prawdziwsza. To też mi się kojarzy z tworzeniem piekła na ziemi. Myślę jednak, że w tym zdaniu jest pewna prawda, której my chrześcijanie na co dzień nie doceniamy. Albo nawet ją marnujemy.

Większość religii opiera się na zasadzie sprawiedliwości. Za posłuszeństwo niebo, za nieposłuszeństwo piekło i potępienie. Różne są tylko metafory, obrazujące tę zasadę. Tymczasem przyjście Jezusa na świat, przyniosło nam całkowicie nową ideę, nową prawdę. Na pierwszym miejscu nie ma już zasady sprawiedliwości, „oko za oko, za ząb”, albo „zapłatą za grzech jest śmierć”. Pierwsze miejsce zajęła miłość.

„Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych.” (Mk 12,3-31). To jest światło, o którym mówił pracownik obozu dla uchodźców. Miłość każe przestać dzielić ludzi. Miłość przestaje też myśleć o nagrodzie i karze. Miłość to więź z Bogiem, relacja, w której On wyciągnął do nas rękę i chce, abyśmy to samo uczynili w stosunku do innego człowieka. Nawet jeśli wydaje nam się inny, albo się go boimy, albo rodzi się w nas złość.

Chrześcijaństwo nie jest religią bezwzględnej sprawiedliwości, ale miłości. I naprawdę trzeba się dużo napracować, dokonać ogromnych manipulacji, by Chrystusa umieszczać na sztandarach walki z drugim człowiekiem, a Boga zamknąć w metaforach wojennych. Można to zrobić, można wzbudzać strach, można rozpalać ogień piekielny i tak zdobywać władzę nad ludźmi.

Z religijną bezwzględnością naśladowcy Jezusa spotykali się od początku. Ale oni wiedzieli, że ich moc nie tkwi w orężu, zaciśniętej pięści, agresywnym krzyku. Siła tkwiła w miłości, bliskiej relacji z Bogiem, który nie chciałby aby ktokolwiek zginął, ale aby wszyscy byli zbawieni. (por. 1 Tm 2,4). To sprawia, że dzisiejszego, na wskroś adwentowego tekstu, nie czytam już z lękiem, ale z radością i nadzieją.

Staram się na swój niedoskonały sposób ufać, że jeśli przyjdzie przeżyć strach, niepewność jutra stanie się przytłaczająca, a osobisty świat się zatrzęsie, będzie można usłyszeć: „Wyprostujcie się i podnieście głowy swoje, gdyż zbliża się odkupienie wasze.”

W miłości nie ma miejsca na wzbudzanie lęków. Miłość pokonuje lęk. Bo jest silniejsza i trwa wiecznie. „Niebo i ziemia przeminą, ale słowa moje nie przeminą.” – mówił powiedział Jezus, a apostoł Paweł dodał: „(…) Bo jeśli są proroctwa, przeminą; jeśli języki, ustaną, jeśli wiedza, wniwecz się obróci. A miłość nigdy nie ustaje.” (1 Kor 13,8).

Komentarze

1 komentarz do “Nie rozpalajmy ognia w piekle”
  1. henryka napisał(a):

    Wyczekuję i czytam każdy tekst kazania i bardzo, bardzo dziękuję za nie. Są dla mnie mądrością odkrywania Ewangelii i radością z wiary.
    Życzę wszelkiego dobra od ludzi i zdrowia w Nowym Roku i może więcej Kazań można by?

    Henryka