Parafia Ewangelicko-Luterańska we Wrocławiu

O bogactwie

Mk 10,17-23; ks. Marcin Orawski

 

A gdy się wybierał w drogę, przybiegł ktoś, upadł przed nim na kolana i zapytał go: Nauczycielu dobry! Co mam czynić, aby odziedziczyć żywot wieczny? A Jezus odrzekł: Czemu mię nazywasz dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko jeden Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie mów fałszywego świadectwa, nie oszukuj, czcij ojca swego i matkę. A on mu odpowiedział: Nauczycielu, tego wszystkiego przestrzegałem od młodości mojej. Wtedy Jezus spojrzał nań z miłością i rzekł mu: Jednego ci brak; idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj mnie. A ten na to słowo sposępniał i odszedł zasmucony, albowiem miał wiele majętności. A Jezus, spojrzawszy wokoło, rzekł do uczniów swoich: Jakże trudno będzie tym, którzy mają bogactwa, wejść do Królestwa Bożego!

 Czy ubóstwo jest cnotą, a bogactwo grzechem? Czy człowiek ubogi powinien czuć się religijnie usatysfakcjonowany samym faktem, że jest biedny? Czy bogatszy powinien dążyć do pozbycia się bogactwa, aby zachować szansę na zbawienie, skoro Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego? (Mt 19,24).

Wiadomo powszechnie, że w XIX wieku socjolog Max Weber usiłował dociec dlaczego tzw. karej protestanckie zwykle są bogatsze niż kraje, w których większość ludzi reprezentuje inne wyznanie czy inną religię. Weber skupił się na Europie zauważając znaczne różnice pomiędzy protestancką i bogatą północą a katolickim i biednym, południem.

Socjolog uznał, że przyczyna tkwi w różnym podejściu do pracy. Postawił tezę, którą w uproszczeniu można by ująć tak: katolik, realizując m.in. średniowieczny ideał ubóstwa, pracuje po to, aby miał za co przeżyć. Protestant z kolei, zgodnie z duchem Reformacji, uznaje pracę za powołanie. Krótko mówiąc katolik pracuje by żyć, protestant żyje by pracować. A zatem, dla protestanta, praca jako powołanie. Luter m.in. likwidował klasztory, uważając, że chrześcijanin nie może marnować czasu w zamknięciu, nawet gdyby spędzał czas na modlitwie, ale powinien zawsze służyć bliźniemu, czyli pracować. Nawet słynne „Ora et labora” czyli módl się i pracuj, zostało zmodyfikowane, na „Módl się, poprzez pracę”.

W rezultacie protestanci, traktując swą pracę jako religijny wręcz obowiązek, zaczęli pracować nawet więcej niż było potrzeba, aby zarobić na życie. Ale oprócz służenia bliźniemu praca dawała jeszcze jeden, trochę kłopotliwy z religijnego punktu widzenia efekt. Przynosiła zyski. Ludzie pracując, zaczęli się bogacić. Ale w tym temacie etyka protestancka, zwłaszcza w XVII i XVIII wieku była surowa i nieubłagana. Bogactwa nie wolno było używać dla własnych luksusów i egoistycznych przyjemności.

Powstał więc problem (z etycznego punktu widzenia). Ludzie się bogacili, mieli coraz więcej środków, a nie wolno im było z nich korzystać dla własnych wygód. Ludzie, którzy mieli nieraz fabryki i bogactwo, żyli więc w ubóstwie, bojąc się popełnić grzech pychy. Coś jednak z nadwyżkami finansowymi, z których nie można było skorzystać, trzeba było zrobić. Pieniądze zaczęto inwestować w rozwój zakładów, przedsiębiorstw, fabryk. Oczywiście po jakimś czasie inwestycje przynosiły jeszcze większe zyski. Społeczeństwa protestanckie zaczęły się dość szybko bogacić Przy kościołach stawiano szkoły, szpitale, domy opieki. Nie mogło być parafii, która nie prowadziłaby jakiejś działalności charytatywnej.

W konkluzji Max Weber stwierdza: „Religia musi z konieczności wytwarzać zarówno pracowitość, jak i oszczędność, a te nie mogą wydać z siebie niczego innego, niż bogactwa. Jeśli zaś rośnie bogactwo to zwiększa (…) miłość świata. […] Tak więc wprawdzie forma religii pozostaje, ale jej duch stopniowo zanika.”

Powołałem się dość szeroko na myśli Webera, ponieważ wydaje mi się, że dość dobrze ujmują protestanckie podejście do posiadanych dóbr. Można by je zawrzeć w zdaniu: bogactwo (oczywiście zdobyte uczciwą pracą) nie jest grzechem. Grzechem jest miłość do bogactwa. Zresztą nie można się ograniczać się tylko do ludzi bogatych (ocena jest subiektywna). Takie same albo podobne pokusy mogą rodzić się z posiadania jakichkolwiek dóbr. To rzecz bardzo subiektywna.  Nie w dobrach leży problem, ale w naszym stosunku do nich. I na tym właśnie problemie potknął się bogaty młodzieniec z dzisiejszej historii. Jego problemem nie było bogactwo, ale miłość do bogactwa.

Intencje miał dobre, a nawet godne podziwu. Ilu młodych, bajecznie bogatych, zdrowych i pełnych życia osób zdecydowało, by się paść na kolana i pytać: – Nauczycielu dobry co mam czynić by osiągnąć życie wieczne?

Odpowiedź była pozornie prosta: – Znasz przykazania, wypełniaj je, a odziedziczysz żywot wieczny. Młodzieniec poczuł się rozczarowany. – Tego wszystkiego przestrzegałem od młodości. Oczywiście był w błędzie, dlatego Jezus „spojrzał nań z miłością” i rzekł mu: – Jednego ci brak; idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, po czym przyjdź i naśladuj mnie. Na to młodzieniec się nie zdobył. Mimo dobrych chęci, bogactwo było u niego na pierwszym miejscu i już ten fakt stanowił złamanie przykazań.

Z tej historii jednak, w żaden sposób nie można wyciągnąć wniosku, że Jezus zaleca rozdawanie majątków, jako warunek osiągnięcia życia wiecznego.

Takie myślenie mogłoby doprowadzić do nieporozumienia. Ten kto dziś rozda wszystko – jutro sam będzie żebrakiem. A nie to było celem nauki Jezusa. Ponadto wiemy, że od innych zamożnych ludzi Jezus nie żądał rozdania majątku, że wymienię tylko siostry: Marię i Martę. Sprawa toczyła się o coś innego.

Dzisiaj nasze dylematy są nieco inne, choć co do istoty podobne. Przede wszystkim patrzymy na świat globalnie. Dostrzegamy na przykład, że na ziemi jest wystarczająca ilość żywności dla wszystkich. Z drugiej strony wciąż stanieją ogromne obszary biedy, gdzie ludzie wciąż umierają albo z głodu, albo z chorób wywołanych niedożywieniem.

Rzecz jasna, nikt z nas nie jest naiwny i wszyscy mamy świadomość, że nie ma prostych rozwiązań. Nie da się po prostu wysłać żywności i leków do biednych krajów i w ten sposób rozwiązać sprawę. To są działania doraźne, nie przynoszący trwałych efektów. Żywność zostanie zjedzona, albo przejęta przez organizacje bojowe, a ludzie nadal pozostaną biedni.

Nikt jednak, szczególnie w chrześcijańskim sumieniu, nie powinien czuć się zwolniony z odpowiedzialności. Wszyscy powinniśmy mieć świadomość, że – jak się szacuje – 80% ziemskiego bogactwa, konsumuje zaledwie 20% ludzi bogatych. I nasz kraj się do nich zalicza.

Wiem, jak kontrowersyjnie może to brzmieć dla wielu emerytów zastanawiających się wykupić potrzebne leki czy kupić jedzenie, aby starczyło do końca miesiąca. Mogę sobie wyobrazić, jak się czują osoby nadmiernie przygniecione wieloletnim kredytem hipotecznym, drżące o swoją pracę, mieszkanie, spłatę rat.

Trudno jednak nie dostrzegać – choć to dla wielu żadna pociecha – że w porównaniu z większością ludzi żyjących na świecie mamy jakiś system emerytalny czy kredytowy. Mamy jakąś opiekę socjalną. Nasz kraj jest jednym  z celów migracji. Jesteśmy w gronie 20% społeczeństw bogatych. Nie możemy więc zamykać oczu na fakt, że w wielu biednych krajach, dokonuje się niemal rabunku, np. wycinając coraz większe połacie lasów pod rolnicze uprawy, po to by bogate społeczeństwa – w tym my – mogły konsumować coraz taniej i coraz więcej, szczególnie mięsa. Mało kto się przejmuje mieszkańcami, którzy ekonomicznie nie korzystają ze zmian i pozostają jeszcze biedniejsi, bo ze zdegradowanym środowiskiem i wyeksploatowanymi dobrami.

Żyjemy na bogatej ziemi. Wciąż jednak nie potrafimy tak zarządzać ziemskimi dobrami, by mogli z nich wszyscy korzystać. Nie chodzi, rzecz jasna, o idee typu: „wszystkim po równo”. Ale o to, by przepaść między bogatą mniejszością i biedną większością nie pogłębiała się tak gwałtownie, grożąc, konfliktem cywilizacji, który zdaniem wielu już nastąpił, choćby pod postacią kryzysu uchodźczego.

Jak już wspomniałem nie ma prostych i szybkich rozwiązań. Problem dotyczy jednak naszego sumienia, naszej świadomości i wreszcie naszej etyki. W XVII i XVIII wieku, protestancka duchowość i etyka, umożliwiły ogromny wzrost, z którego skorzystała cywilizacja zachodnia.

W XXI wieku, szczególnie powinniśmy być wyczuleni na ludzką krzywdę, niesprawiedliwość, biedę. Nie bogactwo jest grzechem, ale egoizm. I być może czasem warto się zastanowić, czy za dobrami, które konsumuję, nie kryje się wyzysk biednego człowieka. Nie zawsze można to wiedzieć. Ale zawsze trzeba próbować.

Komentuj

Powiedz nam, co myślisz...
Jeśli chcesz zamieścić swoje zdjęcie, stwórz swój gravatar!