Parafia Ewangelicko-Luterańska we Wrocławiu

Uczta Babette

J 1,15-18, ks. Marcin Orawski

 

 Jan świad­czył o nim i gło­śno wołał: Ten to był, o któ­rym powie­dzia­łem: Ten, który za mną idzie, był przede mną, bo pier­wej był niż ja.A z jego pełni myśmy wszy­scy wzięli, i to łaskę za łaską. Boga nikt nigdy nie widział, lecz jed­no­ro­dzony Bóg, który jest na łonie Ojca, obja­wił go.

 

Kiedy wspo­mi­namy mędr­ców spie­szą­cych ze Wschodu do nowo naro­dzo­nego króla – zazwy­czaj mocno pod­kre­ślamy donio­słość faktu, że mędrcy byli pierw­szymi poga­nami, któ­rzy spo­tkali Jezusa. To tzw. „pro­gram obo­wiąz­kowy”, więc trzeba za każ­dym razem pod­kre­ślić – Jezus obja­wił się nie tylko Żydom, ale rów­nież poga­nom, któ­rych sym­bo­li­zują mędrcy czy trzej kró­lo­wie, jak ich nazwała tra­dy­cja.

Za apo­sto­łem Janem więc dziś powta­rzamy „A z jego pełni myśmy wszy­scy wzięli, i to łaskę za łaską”. Apostoł Paweł ujmo­wał to w sło­wach. Które więk­szość zna na pamięć: „Nie masz Żyda ani Greka, nie masz nie­wol­nika ani wol­nego, nie masz męż­czy­zny ani kobiety; albo­wiem wy wszy­scy jedno jeste­ście w Jezusie Chrystusie”. (Ga 3,28). Z pew­no­ścią jestem subiek­tywny, ale wydaje mi się, że „Łaska” jest to ostat­nie z donio­słych pojęć teo­lo­gicz­nych, które wciąż czło­wieka poru­szają. „Łaska” wciąż potrafi zaska­ki­wać, a nawet szo­ko­wać.

Relacje spo­łeczne czy sys­temy reli­gijne oparte na spra­wie­dli­wo­ści i egze­kwo­wa­niu prawa, są racjo­nalne. Kradzieżą jest zuchwałe wynie­sie­nie tele­wi­zora z mar­ketu, ale też bochenka chleba dla głod­nej rodziny. Twarde prawo, ale prawo. „Zapłatą za grzech jest śmierć” – ideę bez­względ­nej spra­wie­dli­wo­ści znaj­du­jemy też w Biblii. To boli, ale jest zro­zu­miałe. Jak więc reagu­jemy na sytu­ację, gdy ktoś otrzy­muje coś, na co nie zasłu­żył? Gdy ojciec przyj­muje syna mar­no­traw­nego, choć ten powi­nien prze­cież się kajać i ponieść karę? Albo, gdy gospo­darz win­nicy tyle samo płaci tym robot­ni­kom, któ­rzy pra­co­wali cały dzień i tym, co tylko godzinę?

Ślepa spra­wie­dli­wość cza­sem jest dole­gliwa, ale łaska – trzeba przy­znać – bywa obu­rza­jąca. I jest tak do chwili, gdy uświa­do­mimy sobie, że wobec Boga naszą jedyną szansą, nie jest doma­ga­nie się spra­wie­dli­wo­ści – bo wtedy wszy­scy jeste­śmy na stra­co­nej pozy­cji, ale wła­śnie łaska. I powiem otwar­cie – dla mnie oso­bi­ście – rewo­lu­cyj­ność chrze­ści­jań­stwa, jego siła i ener­gia tkwią w tej praw­dzie. Podczas, gdy więk­szość reli­gii na pierw­szym miej­scu sta­wia spra­wie­dli­wość, chrze­ści­jań­stwo mówi: nie! Największym przy­ka­za­niem jest miłość, a jej owo­cem jest łaska.

Jeśli o tym zapo­mnimy, jeśli na pierw­szym miej­scu będziemy sta­wiać prawo, doma­ga­nie się śle­pej spra­wie­dli­wo­ści, to wypa­czymy chrze­ści­jań­skie prze­sła­nie, a przyj­ście Jezusa na świat, ten nie­zwy­kły akt łaski, pozo­sta­nie zmar­gi­na­li­zo­wany i zafał­szo­wany.

Opowiem histo­rię, która wielu z nas czy­tało, więc tylko przy­po­mnę. Jest to opo­wia­da­nie Karen Blixen, autorki powie­ści „Pożegnanie z Afryką”, która pod pseu­do­ni­mem Isak Dinesen napi­sała opo­wia­da­nie „Uczta Bebette”. Opowiadanie docze­kało się ekra­ni­za­cji, która w 1998 r. zdo­była Oskara.

Akcja toczy się w Norwegii, w małej zabło­co­nej mie­ści­nie. Miejscowemu zbo­rowi lute­rań­skiemu prze­wo­dzi siwo­brody pastor. Zbór jest deli­kat­nie mówiąc kon­ser­wa­tywny. Ludzie odma­wiają sobie wiele przy­jem­no­ści. Wszyscy ubie­rają się na czarno. Jadają tylko goto­wane dor­sze i zupę z chleba. Można powie­dzieć, że są asce­tami, któ­rzy nasta­wili się na przy­szłe niebo, a życie ziem­skie jest tylko konieczną drogą do tego celu.

Pastor miał dwie córki: Starsza miała na imię Martina – na cześć oczy­wi­ście Marcina Lutra, młod­sza Filipa – ku czci Filipa Melanchtona. Obie były bar­dzo piękne, czego nie dało się ukryć mimo wysił­ków zbo­ro­wych cio­tek.

W końcu nade­szło nie­unik­nione. Martina wpa­dła w oko ofi­ce­rowi kawa­le­rii, ale udało się jej oprzeć tym zalo­tom. Kawaler wyje­chał i poślu­bił damę z dworu.

Filipa oprócz tego, że była piękna, pięk­nie rów­nież śpie­wała. Jej śpiew usły­szał kie­dyś pewien fran­cuz o nazwi­sku Papin. Namówił ją na lek­cje śpiewu bo wie­rzył, że cała Francja pad­nie kie­dyś u jej stóp. Ale znów na prze­szko­dzie sta­nęło zauro­cze­nie. Gdy odkryto, że lek­cje śpiewu mogą prze­ro­dzić się w romans podzię­ko­wano Papinowi i Francuz wyje­chał do Paryża.

Siostry zostały sta­rymi pan­nami. Po śmierci ojca-pastora zaj­mo­wały się zbo­rem. Ale ten nie­stety pozba­wiony sil­nej ręki zaczął pękać. Pojawiły się jakieś pomó­wie­nia, drobne kłót­nie, nie­po­ro­zu­mie­nia.

Pewnego razu do drzwi sió­str zapu­kała prze­mo­czona i zzięb­nięta kobieta. Miała ze sobą list od zna­nego, szcze­gól­nie Filipie – Papina. W liście Francuz pro­sił o zaopie­ko­wa­nie się Babette, bo w Paryżu gro­ziło jej nie­bez­pie­czeń­stwo.

Siostry nieco zalęk­nione przy­jęły pod dach dziew­czynę, która potem przez dwa­na­ście zaj­mo­wała się tym, co one – słu­żyła w zbo­rze, pro­wa­dziła dom i uczest­ni­czyła w całym asce­tycz­nym życiu w tej zapa­dłej i smut­nej miej­sco­wo­ści. Aż po dwu­na­stu latach otrzy­mała list z Paryża. Okazało się, że przy­ja­ciel Babette rok w rok odna­wiał los na lote­rii i uśmiech­nęło się do niej szczę­ście – wygrała 10 tysięcy fran­ków. Siostry się ucie­szyły, choć wie­działy, że teraz Babette ich opu­ści.

Zbliżało się jed­nak 100-lecie uro­dzin ich ojca-pastora. Babette popro­siła czy może przy­go­to­wać posi­łek na nabo­żeń­stwo rocz­ni­cowe. Niechętnie, ale sio­stry się zgo­dziły. Nagle zaczęły przy­pły­wać statki wyła­do­wane rze­czami, jakich asce­tyczni lute­ra­nie, jesz­cze na oczy nie widzieli. Świeże warzywa, tru­fle, bażanty, szynki i praw­dziwe szam­pany. Zaskoczeni ludzie szem­rali, że w domu córek pastora powstaje dia­bel­ska kuch­nia. Jak tak można? Siostry wyja­śniały kło­po­tliwą sytu­ację i pro­siły, aby zbo­row­nicy przy­szli jed­nak na kola­cję i powstrzy­mali się od przy­krych komen­ta­rzy.

Niespodziewanie na ucztę przy­była nie­jaka pani Lowenhei, któ­rej towa­rzy­szył bra­ta­nek – ofi­cer kawa­le­rii, jak się oka­zało – ten sam, który bez­sku­tecz­nie zale­cał się kie­dyś do Martiny.

Na początku wszy­scy mil­czeli zaże­no­wani wykwint­nymi daniami. Tylko gene­rał gło­śno chwa­lił potrawy i wino. W pew­nym momen­cie, gdy ofi­ce­rowi wino już nieco ude­rzyło do głowy, powie­dział gło­śno: Powiedziano nam, że łaski sami musimy poszu­ki­wać w tym świe­cie. A my w naszej ludz­kiej głu­po­cie wyobra­żamy sobie, że łaska Boża jest ogra­ni­czona. Lecz nad­cho­dzi chwila, gdy jak dziś otwie­rają się nasze oczy i zaczy­namy dostrze­gać, że łaska nie żąda od nas niczego, tylko byśmy ocze­ki­wali jej z ufno­ścią i przyj­mo­wali z wdzięcz­no­ścią.

Nastąpił cud. Ludzie powoli zaczęli się prze­ła­my­wać, otwie­rać się, wspo­mi­nać wła­sne błędy i szu­kać pojed­na­nia. Brat, który oszu­kał dru­giego przy­znaje się do winy, a dwie kobiety, które od lat toczyły wojnę zaczy­nają ze sobą roz­ma­wiać.

Uczta, na którą Babette wydała całą swoją wygraną doko­nała prze­miany w tej lute­rań­skiej wio­sce, gdzie pobożni ludzie przez dłu­gie lata słu­chali w nie­dzielę kazań o miło­ści i łasce, a przez resztę tygo­dnia wyrze­cze­niami usi­ło­wali zasłu­żyć na względy u Boga. Ale też pod tą fasadą mieli nie­jedno do ukry­cia.

Zrozumienie zna­cze­nia łaski przy­szło do nich w postaci uczty, hoj­nie ofia­ro­wa­nej tym, któ­rzy na nią nie zasłu­żyli, a nawet nie potra­fili przy­jąć pre­zentu i szem­rali o dia­bel­skiej kuchni oraz skan­dalu. Łaska poja­wiła się tak, jak poja­wia się zawsze: za darmo, bez zobo­wią­zań i na koszt gospo­da­rza.

Być może dziw­nie brzmi to opo­wia­da­nia w święto Epifanii. Ale gdy czy­ta­łem słowa: „A z jego pełni myśmy wszy­scy wzięli, i to łaskę za łaską”, nie mogłem się oprzeć sko­ja­rze­niu z ucztą, na któ­rej gospo­darz dał wszystko, co miał.

Jezus także zaska­ki­wał. Od początku towa­rzy­szył mu skan­dal. Narodziny w żło­bie, czym byli zasko­czeni nawet mędrcy, któ­rzy odru­chowo poje­chali do pałacu. Później: odrzu­ce­nie, nie­spra­wie­dliwe osą­dze­nie, oplu­cie, biczo­wa­nie, wyszy­dze­nie, cier­niowa korona na skro­niach i wresz­cie ukrzy­żo­wa­nie. To wszystko świad­czy o tym, jak trudno czło­wie­kowi zaak­cep­to­wać ŁASKĘ.

Ale tam, gdzie ona tra­fia, zawsze doko­nuje się cud – tak jak w betle­jem­skiej stajni, w małej nor­we­skiej miej­sco­wo­ści i w każ­dej, gdzie ktoś jest gotów się otwo­rzyć na dzia­ła­nie wciąż tak mało pozna­nej łaski. Za darmo, bez zobo­wią­zań i na koszt gospo­da­rza. „Ona nie żąda od nas niczego, tylko byśmy ocze­ki­wali jej z ufno­ścią i przyj­mo­wali z wdzięcz­no­ścią”.

Brak możliwości dodawania komentarzy.